Wybacz mi
cz. 2
James udał się do ministerstwa razem z panem Owenem, Flaherty’m i Ginny, która oznajmiła, że nie zostawi syna ani na moment. Harry zapowiedział, że zjawi się tam niedługo. Hermiona zabrała Louisa do Leah i tylko Jo, Rose, Scorpius i Al nie ruszali się ze swoich miejsc.
- Kto jest ze Scarlett? - zapytała nagle Rose, wyrywając się z otępienia.
- Dakota i Jack – wytłumaczył Albus. Był nie mniej wstrząśnięty niż ona. – Scar śpi… Podali jej coś. Dlatego tu w ogóle przyszedłem.
- Panie Potter – odezwał się Scorpius do Harry’ego, który chyba ich nie słuchał, pogrążony we własnych myślach. – Co teraz?
Harry podniósł głowę i spojrzał na prawie nieprzytomną Jo, która obejmowała się ciasno ramionami i kiwała to w jedną to w drugą stronę, a Scorpius przezornie przysunął się bliżej, by w razie czego ją złapać.
- Ankdal uciekł. Nie ma już armii. Pozostała mu garstka żołnierzy w Norwegii, może parę oddziałów w Danii i Szwecji. Ukryje się na jakiś czas.
- Pozwolimy mu na to? – zapytał Albus. Harry wciąż wpatrywał się w Jo.
- Może nie za naszego życia, ale kiedyś Ankdal powstanie. Jest przepełniony ukradzioną magią i ma do dyspozycji Bestię, która jest nieśmiertelna. Możemy sobie darować. Odpocząć. On nam już nie zagrozi.
Wszyscy zamilkli, aż…
- Nie.
Jo podniosła w końcu wzrok pełen bólu i nienawiści.
- Musimy go znaleźć, zabić Bestię i pozbawić go wszystkiego. Zapłaci za to co się przez niego wydarzyło.
Harry skinął głową. Wyglądał jakby wiedział, że to powie.
- Nie mamy kołczanu – przypomniał Scorpius. – I nie bardzo wiemy tak naprawdę jak zabić Bestię.
- To są szczegóły techniczne – stwierdziła filozoficznie Rose. – Wracamy do domu? – zapytała z nadzieją.
- Przykro mi – odparł jej Harry. – Nie możemy jeszcze wrócić do swoich domów. Nie wszyscy zwolennicy Hurrlingtona zostali schwytani. Mogą chcieć zemsty. Poza tym w zamku Merlina będzie nam łatwiej zaplanować polowanie na Ankdala.
Rose zrobiła zdumioną minę.
- Ale ja mówiłam właśnie o tym zamku! – stwierdziła pewnie. – Dom jest tam, gdzie rodzina. Wracajmy.
*
Scarlett otworzyła ciężko najpierw jedno, potem drugie oko. Nie miała pojęcia gdzie jest, ani kto siedzi koło jej łóżka. Coś przelewało się przez jej głowę i zmywało w jeden obraz, którego nie mogła odczytać.
- Och, jak dobrze! Obudziłaś się!
Jakaś postać zbliżyła do niej twarz i Scarlett zamrugała szybko.
- Dakota?
- Jak się czujesz? Boli cię coś?
- Nie wiem – odparła słabo. – Gdzie jestem?
- W bezpiecznym miejscu. Słuchaj, musisz mi dokładnie powiedzieć jak się czujesz! – mówiła szybko, wyłupiając oczy. – Wiesz, ja nie jestem jeszcze nawet w połowie kursu na uzdrowiciela i…
- Jest okej – przerwała jej Scarlett, bojąc się, że to Dakota zaraz poczuje się gorzej od tego przejęcia. – Nic mnie nie boli, serio.
Ale Dakota wciąż przypatrywała jej się podejrzliwie.
- Pójdę po jeszcze parę maści. Ta twoja rana powinna niedługo zniknąć.
Scarlett kiwnęła tylko głową, niezbyt zainteresowana swoją raną. Dakota wyszła a ona próbowała się podnieść. Wiedziała, że Scott prędko jej na to nie pozwoli a ona musiała dowiedzieć się co z jej mamą. Ale zdążyła tylko podnieść głowę, gdy drzwi otworzyły się a Scarlett uśmiechnęła się blado.
- Al…
Albus dotarł do niej w paru krokach i rzucił się do jej rąk, które zaczął całować, jak w amoku.
- Al… Moja mama – powiedziała zaskoczona Scarlett. – Co z nią?!
Albus podniósł głowę i szybko skinął.
- James przeniósł ją w bezpieczne miejsce. Teraz jest w szpitalu św. Munga. Nic jej nie jest! Po prostu ją badają – dodał szybko, widząc jej rosnące oczy. – Właśnie stamtąd wracam. Kazała cię ucałować i obiecała, że jak ją wypuszczą od razu się tu zjawi.
Scarlett kiwnęła głową ale wciąż wyglądała na zdziwioną.
- Jak to… „James ją przeniósł”? – zapytała. Albus uśmiechnął się ponuro.
- Cholernie długa historia. W skrócie – Hurrlington podał mu eliksir, potem on i Leah udawali, żeby wciągnąć Ankdala w pułapkę. To James ci pomógł.
Scarlett ciągle wyglądała na zdumioną.
- Ja… Pamiętam, że tam był – mówiła przymykając na moment oczy. – Tak. Masz rację! – dodała zduszonym głosem. – Opatrzył moją ranę!
Al pokiwał głową.
- Zawdzięczamy mu cholernie dużo. Ale najważniejsze, że nic ci nie jest – dodał, głaskając ją po twarzy. – Wiesz… Mamy jeszcze jedno zadanie. Ale pomyślałem, że jak wydobrzejesz wyjedziemy gdzieś. Możemy zabrać twoją mamę i pojechać gdziekolwiek. Na bardzo długo…
Albus wpatrywał się w nią z dziwnym uporem i Scarlett w końcu zrozumiała.
- Al… domyśliłeś się, prawda? – odwróciła wzrok. Poczuła tylko jak jej kołdra podnosi się, jakby zaciskał na niej pięść.
- Jest niewiele rzeczy, przez które człowiek pcha się nożem – wycharczał przez zaciśnięte zęby. Scarlett znowu na niego spojrzała i zobaczyła w jego oczach coś takiego, czego nawet ona się teraz przestraszyła.
- Zapomnij o tym – poprosiła cicho. – Każdego dosięgnie sprawiedliwość.
- Wiem! – ryknął, zrywając się na równe nogi. – Moja!
Scarlett też się podniosła, wodząc za nim przerażonym wzrokiem.
- Al, obiecaj mi, że…!
Zatrzymał się w miejscu. Jego spojrzenie trochę zelżało, gdy znowu do niej podszedł.
- Nie mogę – powiedział spokojnie. – Możesz mnie prosić o wszystko co zechcesz za wyjątkiem tego.
- Al…!
- Cicho – przerwał jej tym samym tonem i zaczął wygładzać jej kołdrę. – Koniec tematu, nie masz się czym martwić.
- Ale…
Albus westchnął i położył jej palec na ustach. Nie wytrzymała i w końcu się uśmiechnęła.
*
Rose zgięła i wyprostowała rękę. Dotknęła jej drugą i syknęła. Przestawało ją to bawić i zaczynała się zastanawiać czy wyznać prawdę. W końcu Malfoy się zorientuje… Cholera, piecze jakby ją podpalali ogniem.
Z tym, że tak naprawdę miała mało opcji. Nie mogła przyznać się matce, ojcu, wujowi Harry’emu ani Dakocie. Wszyscy narobiliby zbyt wielkiego zamieszania. Ale właśnie przypomniała sobie o kimś jeszcze! O kimś kto był wystarczająco twardy, by nie zacząć histeryzować a w dodatku znał się na czarnej magii…
Puk. Puk. Puk.
- Rose?
- Och! – zawołała na widok Noela i uniosła brwi. – Szukam Ryana!
Raejack pokręcił głową.
- Nie ma go. Wyjechał. Szukam kilku swoich rzeczy, których „zapomniał” mi oddać.
- Rozumiem, złapię go innym razem – odwracała się już by odejść i nie widziała uważnego spojrzenia Noela.
- Rose?! – Odwróciła się przez ramię. – Coś się stało? Potrzebujesz czegoś?
- Nie… Ale dziękuję!
Zrobiła jeden krok i usłyszała trzaśnięcie drzwi. Wywróciła oczami.
- Rose… Masz bardzo zmartwioną minę…
Red zatrzymała się i westchnęła.
- Potrzebuję Ryana, bo on zna się na czarnej magii, okej?! – zawołała rozzłoszczona. Raejack wciąż badał ją wzrokiem.
- Chcesz zacząć praktykować? Bo wiesz… ja też mogę udzielić ci kilku niezłych lekcji!
Rose parsknęła śmiechem. Ale potem spoważniała i też zaczęła mu się przyglądać. Chyba nigdy wcześniej z nim nie rozmawiała i nawet nie wiedziała czy może mu ufać… Ale z drugiej strony, tym która mogła ufać nie chciała o niczym mówić.
- Okej… - powiedziała powoli. – Potrzebuję rady…
Wrócili do pokoju Ryana i Rose zamknęła szczelnie drzwi a potem podeszła do Raejacka i wyciągnęła w jego kierunku lewą rękę. Porucznik najpierw zrobił zdumioną minę, ale potem przyjrzał się jej skórze i żyłom, które zdawały się być wyraźniejsze i o wiele ciemniejsze niż przeciętnie. Nagle chwycił ją za rękę i wyjął różdżkę.
- To nie jest zaklęcie… Czego dotknęłaś?
Rose westchnęła, ale doceniła fakt, że rzeczywiście nie jest amatorem.
- Szkatułki ze strzałą Ankdala. Zapiekło mnie i jakby przeszedł mnie prąd, ale potem nic się działo. Aż do wczoraj.
- Rose… - Noel wydawał się wyjątkowo poważny. – To stara klątwa, którą rzuca się na przedmioty chronione też za pomocą innej magii. Ma służyć ukaraniu tego kto pokona wszystkie inne przeszkody.
Rose nie bardzo rozumiała.
- Co to znaczy?
Noel wciąż trzymał jej rękę w obu dłoniach i patrzył na nią ze strachem.
- To znaczy, że masz w sobie czar, który cię zabija.
- Zabija.
- Rose?
Pomachała głową i zabrała rękę.
- Spotkał się pan już z tym?
Noel pokiwał głową.
- To potwornie stara klątwa. Kiedyś odcinano część ciała, która została zakażona. Pomagało tylko na jakiś czas.
Rose zabrała swoją rękę. Wciąż stała prosto, jakby te informacje były tylko suchymi faktami o pogodzie.
- Ile mam czasu?
Noel podszedł do niej i położył jej dłoń na ramieniu.
- Rose… Na pewno uda się coś zrobić. Są stare maści… Eliksiry… Jeszcze dziś skontaktuję się ze wszystkimi znajomymi, którzy mają o tym pojęcie.
Rose kiwnęła głową z wdzięcznością.
- Dziękuję. Niech pan odpowie na moje pytanie.
Noel zamarł.
- Proszę – powtórzyła chłodno.
- Nie wiem. Może rok… Nie myśl o tym! – zawołał szybko, wyglądając jakby przejął się tym o wiele bardziej niż ona. – Znajdziemy coś! Twoja matka…
Rose uniosła szybko zdrową rękę.
- Ani słowa mojej matce – powiedziała natychmiast a zabrzmiało to jak groźba. – Jeśli coś mi pomoże to pan to znajdzie, prawda?
Noel pokiwał szybko głową.
- A ona zwariuje. NIKT nie może o tym wiedzieć. Czy to jasne?
Raejack wyglądał na potwornie zdenerwowanego.
- Rose…
- JASNE?!
- Zacznę szukać – powiedział w końcu. – Wtedy porozmawiamy.
- Dziękuję – odparła i szybko wyszła z pokoju Hastinga.
Rok to dużo – myślała. Wystarczająco dużo.
*
Oczyszczony ze wszystkich zarzutów. Nie mieściło mu się to w głowie. Właściwie… wcale tego nie chciał. ON uważał, że powinni go ukarać. Zamknąć, kazać ciężko pracować. Cokolwiek. Przecież był winny. Miał krew na rękach a w głowie każdego dnia huczało mu wszystko co powiedział ojcu i Jo.
I Leah. Ona poniosła największe poświęcenie, a on? Wracał z Ministerstwa Magii jako wolny człowiek. James nie umiał się z tym pogodzić.
Ginny mówiła coś na okrągło. Głaskała go po twarzy, opowiadała o maleńkiej Mary i ani na moment nie spuszczała z niego wzroku, jakby nie mogła się na niego napatrzeć. Harry milczał i James miał wrażenie, że jest mu prawie tak ciężko jak jemu.
Znaleźli się przed jakimś wysokim ogrodzeniem, obrośniętym ciemnym żywopłotem. Harry odczarował wejście i puścił Ginny przodem, ale on sam zatrzymał się i spojrzał wyczekująco na Jamesa.
- Zaraz wejdziemy – powiedział do żony, a ta obrzuciła jego i Jamesa bacznym spojrzeniem, ale w końcu oddaliła się do zamku Merlina.
James spojrzał na ojca pociemniałym wzrokiem.
- Muszę ci coś powiedzieć…
James nie wiedział czy chce tego słuchać. Na pewno mu powie, że go zawiódł i, że Harry’emu jest za niego bezgranicznie wstyd.
- Nigdy w życiu nie czułem takiej dumy.
James był pewien, że się przesłyszał. Otworzył szerzej oczy.
- Ja, Hermiona i Ron mieliśmy dużo przygód – mówił dalej Harry, a James przeląkł się nie na żarty, bo w oczach jego ojca błyszczały łzy. – Nieraz ryzykowaliśmy więcej niż parę zadrapań, ale… To co zrobiłeś… To co zrobiliście z Leah – poprawił się szybko. – Znałem tylko jednego człowieka, który dokonał czegoś podob…
- Przestań! – ryknął James i Harry zamilkł. James cały się trząsł. – Nie będę tego słuchał! O czym ty mówisz?! Nie jestem żadnym bohaterem! Ja… - pierś Jamesa podnosiła się i opadała szybko. – Zabiłem dziesiątki ludzi. Zabijałem twoich aurorów!
Harry patrzył na niego przez długą chwilę.
- Nie – powiedział w końcu. – Zabił ich Hurrlington. Ty pomyliłeś się w kwestii zaufania i uwierzyłeś Warrenowi. To jedyny twój grzech, synu.
Ale James kręcił głową jakby chciał się od czegoś uwolnić. Nim się odezwał, Harry powiedział jeszcze:
- James, gdyby nie ty i Leah zginęłyby tysiące, może miliony ludzi. Mugole znaleźliby się pod jarzmem strasznego człowieka a świat pogrążyłby się w cieniu. Wiem, że nie chcesz żadnej wdzięczności – dodał szybko, widząc, ze James otwiera już usta. – To dobrze. To znaczy, że nigdy nie kierowała tobą próżność. Synu, już po wszystkim…
I nim James zdążył zaprotestować, Harry podszedł do niego i objął go mocno. Poklepał go plecach, a w końcu puścił i pchnął furtkę. Razem wkroczyli na dziedziniec.
James szedł przed siebie ani trochę nieprzekonany, choć jego serce było może o gram lżejsze. W połowie drogi zobaczyli, że mosiężne drzwi zamku otwierają się i ujrzeli Ala. Harry bez słowa oddalił się i wszedł do środka, a James przystanął, widząc, że jego brat idzie w jego stronę, wbijając w niego uporczywe spojrzenie.
Nie bardzo wiedział jak się zachować, po prostu czekał. Albus zbiegł po stopniach, przyspieszył i… rzucił na niego z całym impetem, prawie zwalając go z nóg. A potem ścisnął tak mocno, że James miał ochotę mu przyłożyć. Ale Albus wciąż go ściskał i klepał po plecach, nie mówiąc przy tym ani słowa a James jakoś nie umiał tego zakończyć. I w końcu, gdy był pewien, że ma już trochę mniej kości Al odsunął się od niego a James dopiero zauważył, że drga mu warga.
- Dziękuję – powiedział patrząc na niego z wdzięcznością, która wręcz bolała Jamesa.
- Stary… Ja…
- Nie rozumiesz – powiedział szybko Al. – Umarłaby. Parę minut i by umarła. Nie masz pojęcia co to dla mnie znaczy.
James nie odpowiedział tylko kiwnął głową. Al wziął głębszy wdech i gdy się odezwał, brzmiał już spokojniej:
- Idziesz do Jo? – zapytał, uśmiechając się jednoznacznie. – Zaprowadzę cię…
James przełknął głośno ślinę.
- Nie… raczej… Właściwie to nie wiem co ze sobą zrobić.
Al wybałuszył oczy.
- Nie idziesz do Jo?! – powtórzył serdecznie zdumiony. James wyglądał na przestraszonego.
- Ona raczej nie chce mnie widzieć…
- Nie chce cię wi… Co ty bredzisz?! – wrzasnął Albus prawie się opluwając. – Od roku ona chce widzieć WYŁĄCZNIE ciebie! Ośle! – dodał po krótkim namyśle. Ale James wciąż kręcił głową.
- Może było tak na początku… Al, nie masz pojęcia co jej powiedziałem jak się spotkaliśmy i… i te listy. Carter mnie nienawidzi i nigdy mi nie wybaczy.
Albusowi zupełnie przeszło wzruszenie. Teraz wpatrywał się w Jamesa już tylko ze złością.
- Wiesz co robiła przez te wszystkie miesiące? – zapytał napastliwie. – Szukała guza – odpowiedział sam sobie, a James mimowolnie się uśmiechnął. – I czekała. Walczyła. Miała złe momenty, to fakt. Ale nigdy jej nie przeszło… A teraz? Wracasz jako bohater całego świata! Ona na ciebie czeka, James.
Al, jakby wiedział, że to wystarczy skinął mu tylko głową i odszedł. Przed samym wejściem obrócił się jeszcze przez ramię i krzyknął:
- Czwarte piętro! Pokój za lewitującą przyłbicą!
James wciąż nie ruszał się z miejsca.
*
Dakota nakrzyczała na Scarlett jak prawdziwy uzdrowiciel. Była z siebie dumna. Przynajmniej do czasu, gdy Albus Potter nie nawrzeszczał za to na nią i prawie wyrzucił ją z pokoju, zatroskany, że jego „Scar” jest przykro.
Zgrzytnęła zębami i odmaszerowała do swojej małej pracowni. Jack był na przepustce i odwiedzał dziewczynę, więc miała ją tylko dla siebie. Przynajmniej przez pierwsze dwie minuty.
- Mam dwie rany – usłyszała i zwęziła usta w wąską kreskę na jego widok. – Jedną i drugą przez Rose ale tylko ta – tu wskazał na łokieć. – Przez przypadek.
Dakota nic nie mówiła, tylko wycierała fiolki po eliksirze.
- Ale nie, nie wymagają opatrzenia.
Dakota wciąż milczała.
- Jeśli chcesz, wyjadę – powiedział poważniej Jesse i w końcu podniosła na niego wzrok.
- Pan Potter powiedział, że mamy jeszcze coś do zrobienia. Jeśli chcesz zostać, nie mam nic przeciwko.
- Słuchaj… Wiem, że złamałem wszystkie obietnice, które złożyłem. Również sobie – dodał, robiąc dwa kroki w przód. – Ale mam jeszcze jedną. I prędzej umrę niż ją złamię. – Dakota posłała mu zirytowane spojrzenie, a on ciągnął. – Nigdy więcej cię nie dotknę. Nie będę próbował cię dotknąć – poprawił się. – Wiem co zrobiłem i wierz mi lub nie… Myję teraz zęby bez lustra.
- Spoko, możesz się tak też golić – mruknęła. Jesse uśmiechnął się, wodząc za nią wzrokiem.
- Każdy jest jaki jest. Ja jestem palantem, Scott i jest tylko kilka sposobów na to, żebym się zmienił. Wszystkie są nielegalne.
Dakota wciąż myła fiolki, ale teraz uśmiechnęła się gorzko pod nosem.
- Mam cholerną nadzieję, że znajdziesz kiedyś kogoś kto doceni to jaka jesteś mądra i cudowna. I najpiękniejsza na świecie – dodał jeszcze z prawdziwym zachwytem. – Ja prawdopodobnie będę chciał go zamordować, ale nie zrobię tego – wtrącił, gdy na niego spojrzała. – Zdecydowanie będzie ci lepiej beze mnie…
Dakota skinęła niecierpliwie głową, a Jesse odwrócił się i zamierzał odejść.
Dakota zawahała się przez moment.
- Atwood! – odwrócił się szybko. – Chyba mnie tak nie zostawisz? Tu jest jakieś pięćdziesiąt cholernych fiolek!
Zaśmiał się i podwinął rękawy, idąc w kierunku sterty brudnych naczyń.
*
Lola wyła przy oknie do sierpa księżyca. Jo jej nie słyszała, choć siedziała stopę dalej, oparta o swoje łóżko. Gdy otworzyły się drzwi podniosła głowę może na cal, raczej spodziewając się Rose.
James zamknął cicho drzwi. Lola zawarczała i ruszyła w jego stronę, ale po drodze schowała zęby. Poklepał ją po głowie i jakby to była granica jej czułości wróciła do wycia przy oknie. On usiadł na podłodze, w tej samej pozycji co Jo, w sporym oddaleniu.
Ona milczała. Jemu też nic nie przechodziło przez gardło. Lola wyła do księżyca i chyba tylko on rozumiał ich oboje.
James otworzył usta. I zamknął je szybko.
Jo obracała się w jego stronę. Już prawie na niego patrzyła i… odwróciła się.
Aż nagle Lola przestała wyć. Jo spojrzała na Jamesa a on powiedział:
- Zmieniłaś szampon.
Pokiwała powoli głową.
- Tamten mnie denerwował.
Kiwnął na znak, że rozumie.
- Myślę nad tym od miesięcy – odezwał się znowu po chwili. – Ale wciąż nie wiem jak cię…
- …przeprosić – dokończyła. James podniósł głowę oszołomiony.
- Ty mnie? – zapytał bardzo cicho. Jo była zdumiona jego zaskoczeniem.
- Ja ciebie. Tylko ja ciebie – szeptała, a on przysuwał się, nie wierząc w to co słyszy. I nie podobało mu się to co słyszał.
- Carter! – syknął na cale od niej. – Ja zrobiłem coś…
- …wielkiego – wyszeptała. – A ja w ciebie zwątpiłam.
- Co ty wygadujesz?! – odparł podobnym tonem. – Pamiętam co robiłem! Co ci powiedziałem!
- Uwierzyłam w to! – załkała cicho. – Wybaczysz mi to, James?
Krew. Tortury. Martwa Leah.
Jo.
- Wybacz mi, James…
Śmierć. Wywar czarny jak smoła.
Jo.
- Wybacz mi!
Wojna. Agonia. Krzyk i wołanie o litość.
Jo.
- James…
Wstał. Podał jej rękę i też się podniosła.
- Bałem się tu przychodzić – powiedział, gdy stali na wyciągnięcie ręki od siebie. – Modliłem się tylko o to, żebyś mnie zwyzywała i stłukła. To by znaczyło, że kiedyś, za sto lat… mogłabyś jeszcze spojrzeć na mordercę.
Jo podeszła bardzo blisko, ale nie dotknęła go. James mówił dalej:
- Zapomniałem, że jesteś nienormalna. Nie wiem jak mogłem zapomnieć…
Nie zwracała na niego uwagi. Od początku nie zwracała na niego uwagi.
- Wybaczysz mi?
Pokręcił głową z niedowierzaniem.
Nieśmiało wyciągnął ręce.
Nie uśmiechnęła się jak trzy lata temu. Bo to już nie byli ci sami Jo i James. Ona nie chowała się po szafach. On nie mierzwił włosów z nonszalancją. I tylko jedno się nie zmieniło.
Gdy wreszcie mogli się dotknąć, przylgnęli do siebie blisko. Oddechy zmieszały się w jeden, usta Jamesa odnalazły jej szyję. Palce Jo zacisnęły się na jego krótkich włosach. I było w tym chyba więcej bólu niż radości; goryczy niż tęsknoty i żalu niż nadziei. Ale ani gdy ktoś zapukał do drzwi, ani gdy za oknem zaczęło w końcu świtać nie ruszali się z miejsc. Noc przeszła i wstawał nowy dzień.
