Ginger Golden Girls

16 czerwca 2015

Rozdział LXI cz. 1



                                                         
Tak właśnie się uczę... Ale po przerwie, która miała trwać 15 minut a trwała 2 godziny wracam do swoich głupich notatek. Reszta rozdziału nie wiem kiedy, bo mam sesję. 
Ps. Zdemoralizowana, uważaj co piszesz :D



Tylko, że tak cholernie tęsknię




                Albus wstał wcześnie, ubrał się, zebrał z biurka pióro i pergaminy i powlókł się do sowiarni. Krzyczenie na Jamesa nigdy nie przynosiło efektów, więc idąc przez zamek układał w głowie mniej pouczającą niż zwykle połajankę.
                Sowy spały na żerdziach, tylko niektóre pohukiwały cicho, gdy wszedł do sowiarni. Wygładził pergamin i zaczął pisać.

                Dotarł na śniadanie, gdy większość szkoły już je jadła. Scarlett jeszcze nie było, bo pierwszą lekcją siódmej klasy była Obrona Przed Czarną Magią, na którą nie chodziła i pewnie jeszcze spała. Minął stół Krukonów, przy którym nie było też Rose.
- Chcę pół – powiedział do Jo, opadając na miejsce koło niej. Jo zabrała sobie właśnie ostatniego tosta z serem i spojrzała na Ala z wyrzutem, ale sięgnęła po nóż.
- Dostałem wczoraj list od taty – oznajmił Al, gdy na jego talerzu wylądowała zdecydowanie mniejsza połowa tostu. – Napisał, że wszyscy są tak zajęci, że nikt nie może nas odebrać przed świętami i zjawią się po nas Cam i Lucy.
Jo pokiwała głową.
- Mama napisała mi to samo. Ciekawa jestem co takiego mają do roboty…
Albus żuł swojego tosta.
- Na pewno nam nie powiedzą, nie? – zapytał retorycznie. – W każdym razie Cam i Lucy mają nas odebrać z Hogsmeade. Nie będzie pociągu do Londynu, bo wszyscy obawiają się, że może tam nie dotrzeć…
- Hurrlington już się wylizał… - burknęła Jo. – Cóż, następnym razem się nie podniesie…
Albus już miał ostudzić jej zapał, ale w tym momencie oboje zamilkli i wbili spojrzenia w wejście do Wielkiej Sali.
                Rose i Scorpius wchodzili trzymając się za ręce. Wyglądali na bardzo niewyspanych i… zaskakująco szczęśliwych. Nie zwracali uwagi na nikogo i usiedli na samym końcu stołu Slytherinu. Rose nalała kawy do dwóch kubków, a Scor chyba był wściekle głodny, bo zaczął przyciągać wszystkie półmiski, które znalazły się w zasięgu jego rąk.
                Albus i Jo wymienili tylko jedno, krótkie spojrzenie i wrócili do obserwowania ich. Red i Scorpius zabrali się za swoje śniadanie, niewiele ze sobą rozmawiając, za to zdecydowanie często na siebie patrząc. W pewnym momencie Scor objął Rose, nie przestając jeść swojej jajecznicy, a ona pocałowała go w policzek tak czule, że Al i Jo odwrócili się w tym samym momencie, krytycznie zawstydzeni. Albus odchrząknął.
- O jedną męską rozmowę mniej… - mruknął. Jo wbiła w niego pytające spojrzenie.

                                                               *

                Grudzień mijał tak szybko jak i cała jesień. Hogwart po raz kolejny otoczył się grubym kożuchem śniegu, Hagrid przyciągnął dwanaście choinek, a Irytek skomponował cztery nowe „kolędy”. Jo była całkowicie rozbita. Z jednej strony pragnęła już wyrwać się z zamku, by w końcu zobaczyć Jamesa, z drugiej bała się tego jak niczego na świecie. Mijały dwa miesiące od kiedy nie dostała od niego wiadomości i wiedziała, że ich następne spotkanie może być tragiczne w skutkach. Przy zmysłach podtrzymywała ją już tylko zagadka dziennika, a na szczęście reszta też chętnie zajmowała się tym tematem. Na kilka godzin przed powrotem do domów, wszyscy spotkali się w klasie na czwartym piętrze, bo Rose twierdziła, że coś znalazła.
                Jo weszła do środka, gdy wszyscy już tam byli.
- …i twierdzisz, że to ten sam?!
- Z pewnością! Ferdynand… O, cześć, Jo!
Jo zamknęła drzwi klasy i podreptała do kręgu, w którym siedzieli już Rose, Scorpius, Al, Scarlett i Jesse. Rose trzymała w dłoniach dziennik Leonarda.
- Jo, jesteś największą gapą na świecie! – oznajmiła.
- Dziękuję, Red. Ty ładnie dziś wyglądasz… - mruknęła. Rose nie zwracała na nią uwagi.
- Wiem, skąd możemy dowiedzieć się wszystkiego o tych wydarzeniach! – oświadczyła triumfalnie.
- Skąd?
- Twój dziadek miał trzech przyjaciół, prawda? – zaczęła szybko Rose. – Pierwszy, ten wariat od strzał i łuku… Taw… myślę, że zginął w czasie wydarzeń, po których i z twoim dziadkiem zaczęło się coś dziać. Ale byli jeszcze dwaj, Will i Ferdynand.
Rose wytrzeszczała oczy jakby oczekiwała, że padną z wrażenia. Ale reszta nie miała pojęcia o czym mówi.
- Oświecisz nas? – zapytał znudzony Jesse. Red wyglądała, jakby miała ochotę zdzielić go dziennikiem dziadka Marlowa.
- Ferdynand! Ferdynand Forly, jeden z najsłynniejszych łowców w Europie! Jest chyba z milion książek o nim! Działał w tym samym czasie co twój dziadek! – rzuciła do Jo, nie przestając krzyczeć. – Każde dziecko zna rymowankę, w której pokonał pół-smoka pół-rybę!
- To jest o nim?! – zdumiał się Scorpius. Rose kiwnęła chaotycznie głową.
- To musi być on! Nie miałam pojęcia, że pracował z twoim dziadkiem!
Scarlett pokręciła nagle głową.
- Rose, czytałam o nim – powiedziała spokojnie. – Od wielu lat się nie udziela. Nawet nie wiadomo gdzie mieszka. Podobno trochę zbzikował na starość…
Red machnęła ręką.
- Może i nawet myśleć, że jest filiżanką! Najważniejsze, że żyje jeden z uczestników tych wydarzeń! – zawołała machając im przed oczami dziennikiem. – Na pewno znajdziemy sposób, żeby coś z niego wyciągnąć!
Jo pokiwała głową w zamyśleniu, a Albus powiedział:
- Pamiętajcie, że musimy powiedzieć o tym wszystkim mojemu ojcu i twojej mamie – spojrzał na Rose.
Jo westchnęła.
- Wtedy nie zostanie nic do roboty dla nas… - jęknęła, ale Albus patrzył na nią tak, że nie powiedziała nic więcej.
- Ja tam myślę, że do końca wojny będzie jeszcze dużo do zrobienia – stwierdził Jesse, podnosząc się z miejsca. – Mogę pożyczyć? – zapytał, sięgając po dziennik. – Wy dwie na pewno jesteście inteligentne i w ogóle – powiedział do Jo i Rose – ale pozwólcie spojrzeć na to męskiemu oku…
I zabrał dziennik Rose. 
- Mamy go pokazać wujkowi Harry'emu! - odburknęła Rose i odbiła książeczkę. - Dostaniesz po świętach! - Jesse pokazał jej język.
- Zbierajmy się – powiedział Scorpius, patrząc na zegarek.
Reszta zaczęła się podnosić i wychodzić z klasy, ale Albus zwolnił i zatrzymał Scarlett, pozwalając im się wyprzedzić. Scarlett uniosła brwi.
- Sekunda… - mruknął Al, czekając aż Jesse wyjdzie i zostaną sami. – Przyjedź do mnie w święta! – powiedział w końcu. Scarlett otworzyła szerzej oczy.
- Och…
- Poznasz moich rodziców.
Wytrzeszczyła oczy.
- Al, znam twoich rodziców. Od siedmiu lat spędzam u Rose przynajmniej tydzień wakacji. Poza tym byłam z tobą na weselu twojej kuzynki!
Albus pokiwał niecierpliwie głową.
- Dobra, znasz moich rodziców. Więc poznasz moich dziadków!
Scarlett spojrzała na niego podejrzliwie.
- O co ci chodzi? – zapytała. Albus położył ręce na jej ramionach i przyciągnął ją trochę bliżej.
- O to, że spędzenie bez ciebie następnego tygodnia nie ma najmniejszego sensu!
Scarlett parsknęła śmiechem i przystawiła usta do jego ucha.
- Mogłeś tak od razu… Może ty odwiedzisz mnie? Moja mama cię lubi…
Al pokręcił ze smutkiem głową.
- Nie mogę. Muszę skopać tyłek swojemu bratu, a nie mam pojęcia kiedy się łaskawie zjawi.
Scarlett westchnęła.
- Al, wiesz, że jesteśmy z mamą same… Nie mogę jej zostawić na całe święta.
Pokiwał głową.
- Okej… Ale musisz przyjechać, przynajmniej na jeden dzień!
Dotknęła nosem jego policzka.
- To się da załatwić.
Al poczuł znajome szarpnięcie w okolicach przepony, jak zwykle gdy znajdywała się w takiej odległości.
- Chociaż, być może mam lepszy pomysł…
Odsunęła się od niego wytrzeszczając oczy. Albus pokiwał pewnie głową.
- Wciąż pamiętam drogę przez balkon do twojego pokoju…
Korzystając z tego, że spłonęła na marmur, przyciągnął ją znowu i szybko pocałował.

                                                               *

                 Cameron zjawił się w Hogsmeade sam i teleportował kolejno Lily, Huga i Jo, a Albus, który miał już licencję przeniósł Rose i Roxy.
- Lucy nie mogła się wyrwać? – zapytała Jo, gdy kroczyli ścieżką do domu. Cam spojrzał na nią bystro i przystanął a Jo zrobiła to samo.
- Jest… sprawa – powiedział z błyskiem w oku. – Powiemy wszystkim w czasie świąt, ale rodzice twierdzą, że jesteś moją siostrą i… - ani drgnął, gdy łokieć Jo odbił się od jego boku. – Będziesz ciocią.
Jo zamarła. Przestała nawet mrugać. A potem zerwała się z miejsca i nie czekając na Camerona popędziła do środka.
                Lucy witała się właśnie z kuzynami w salonie, gdy Jo wpadła do środka i prawie taranując Albusa, rzuciła się na Lucy.
- Tak się cieszę!
Lucy z przerażeniem w oczach poklepała ją po plecach.
- Z czego? – zapytała ciekawie Rose. Jo odsunęła się na krok od szwagierki i wyczytała panikę z jej twarzy, więc tylko wzruszyła ramionami.
- Z tego, że ją widzę – powiedziała szybko. W tym momencie wrócił Cam i spojrzał przepraszająco na żonę, a Jo wyszczerzyła zęby.

                Rodzice Jo i Weasley’owie mieli zjawić się wieczorem, ale mimo późnej pory wciąż nikogo nie było. Albus i Lucy grali w szachy w salonie, Roxy i Lily wyjadały czekoladowe ciasteczka w kuchni, a Cameron opowiadał Jo, Rose i Hugo o swojej pracy. Dochodziła jedenasta, gdy Lucy ziewnęła przeciągle i podniosła się z miejsca.
- Okej, nie ma co na nich czekać. Idziemy spać!
- Że moja matka o mnie zapomniała to rozumiem – oświadczyła Rose. – Ale wasi rodzice? – zwróciła się do reszty. Cam pokręcił szybko głową.
- Wiecie, że Hurrlington się obudził. Jest masa roboty.
- Na przykład jakiej? – zapytała od razu Jo.
- Nic z tego – odparł natychmiast Cam. – Masz zakaz dowiadywania się czegokolwiek o wojnie dopóki nie skończysz szkoły.
Jo wyglądała jakby usłyszała najgorszą obelgę.
- Bo kto tak powiedział?! – żachnęła się.
- Ja. I tata. I Harry – wyliczał Cameron. – I James…
Jo poczuła uderzającą falę gorąca.
- Rozmawiałeś z nim? – zapytała, starając się nie zabrzmieć tak żałośnie jak się czuła. Cameron pokręcił głową.
- Na wakacjach. W wojsku nie ma zbyt wiele czasu, Jo…
Nie odpowiedziała, tylko odwróciła szybko głowę, żeby reszta nie widziała jej twarzy. Na szczęście w tym momencie coś zapukało do okna salonu i Lucy poderwała się, żeby je otworzyć.
- To sowa wujka Harry’ego! – zawołała, wpuszczając puszczyka do środka i odwiązując liścik od jego nóżki. Przebiegła go wzrokiem i odwróciła się do reszty.
- Pisze, że coś ich wszystkich zatrzymało. Jutro babcia i dziadek zabiorą was do Nory a wasz tata – zwróciła się do Jo i Cama – przyjedzie po ciebie po śniadaniu.
Jo wzruszyła ramionami.
                Rose, Jo, Al i reszta podreptali za Lucy na górę .

                Rano jednak Robert wcale się nie pojawił.
- Coś musiało go zatrzymać – stwierdziła Lucy, gdy razem z Jo i Alem robili wspólnie śniadanie. Cam wyszedł do pracy, Lily, Hugo i Roxy wciąż spali, a Red rozsiadła się przy stole, niezbyt zainteresowana kuchennymi przygotowaniami.
- Myślę, że tu jest jakaś grubsza afera…
Jo przyjrzała jej się znad zlewu.
- Myślisz, że Hurrlington i Ankdal ruszyli do walki?
- Nie – powiedziała pewnie Rose. – Myślę, że nasi rodzice chcą się nas wyrzec.
Jo i Al westchnęli tylko nad jej bystrą logiką.

                Ale do wieczora wciąż nie było śladu po Carterach i Weasley’ach. Spędzili dzień na przygotowaniach świątecznych, a Jo uparła się, by Lucy odpoczywała przed kominkiem. Efekt był taki, że Hugo i Roxy dosłownie wypatroszyli choinkę, kiedy próbowali dostosować ją do swojej wizji; Lily podpaliła ganek, próbując zamocować na nim lampki i Jo zachodząc się ze śmiechu ratowała dom przed pożarem; a w końcu ona i Albus pomylili zaklęcia i w ogrodzie, który próbowali odgnomić pojawiła się fura śniegu.
                Był późny wieczór, gdy wrócił Cameron a Lucy wydawała się czuć wielką ulgę na jego widok.
- Mam wieści – powiedział, witając się z Lucy – Zostajecie u nas na święta, rodzice są zawaleni robotą.
- Jaką? – zapytała natychmiast Jo. Cam pokręcił głową.
- Dobranoc! – zarządził. Jo pokazała mu język, ale wstała, bo jak reszta była już porządnie zmęczona.
- Nie mam pojęcia co mama i tata robią dla pana Harry’ego – wymamrotała jeszcze Jo, idąc za Lily w kierunku schodów. – Znają się tylko na prowadzeniu sklepu z maskotkami…

                Boże Narodzenie było ponure i markotne. Cameron został w domu, ale nikt nie czuł atmosfery świąt w tym roku. Wyglądało na to, że spędzą je sami, bez rodziców i reszty kuzynów. Jo usilnie starała się nie myśleć o tym, że James nie wysłał jej nawet życzeń. Do kolacji zasiadali przygaszeni i osowiali.
- Rose, wyglądasz jakbyś miała żałobę – mruknęła Lucy. Red wzruszyła ramionami i poczłapała za nią do stołu.
                Usiedli i zdążyli chwycić za sztućce, gdy nagle w holu rozległ się głośny gwar i rozległo się pukanie. Jo zerwała się z miejsca. W przypływie bezgranicznej nadziei rzuciła się drzwi, bo z jakiegoś powodu myślała, że może stać za nimi James. Otworzyła je.
- Cześć!
- JO!
- Wesołych Świąt!
Musiała się odsunąć, bo zostałaby staranowana. Przez drzwi przepychali się właśnie jej rodzice, Harry i Ginny, dziadkowie i tata Rose, jej wujkowie z żonami, Fred, Molly, Teddy i Victoire, Dominique, a na samym końcu wchodził Louis. W salonie wybuchł jeszcze większy gwar, wszyscy zaczęli się witać i przekrzykiwać i tylko Jo, po krótkim przywitaniu z rodzicami, odsunęła się od reszty i próbowała złapać oddech. Nagle poczuła czyjeś ramię na swoim pasie.
- Pewnie nie dostał przepustki – powiedział jej Albus, który patrzył na nią z lękiem. – Musisz być dzielna!
Kiwnęła chaotycznie głową i pozwoliła mu się poprowadzić do stołu.
- Myśleliśmy, że już się nie wyrwiemy! – obwieściła wszystkim Angelina. – Na szczęście Harry zlitował się nad nami w ostatnim momencie – dodała i spojrzała na szwagra z ewidentnym oburzeniem.
- Nie mam tyle… - zaczęła przerażona Lucy, licząc wszystkich, którzy próbowali zmieścić się przy stole.
- Nic się nie martw, kochanie! – babcia Molly kiwnęła groźnie na Fleur i obydwie zaczęły czarować jedzenie, aż pojawiło się go wystarczająco dużo.
- Gdzie jest mama?! – przekrzykiwała wszystkich Rose. Odpowiedziała jej Ginny:
- Ktoś musiał zostać na miejscu… - Rose wzniosła oczy do nieba.
                 

                Po kolacji dziadek Artur zaczął rozlewać wszystkim ajerkoniak, choć większość grzecznie odmawiała. Jo podejrzewała, że zamierzają niedługo wrócić do swoich zadań, czymkolwiek one były. Jej przypuszczenia potwierdzał fakt, że Harry, Bill, Ron i Robert po kolacji usiedli w kącie pokoju i rozmawiali o czymś szybko i cicho. Nagle uwagę wszystkich zwrócił Cameron, który pociągnął za sobą Lucy na środek pokoju i odchrząknął.
- Eee… Słuchajcie! Bardzo się cieszymy, że wszyscy tu jesteście…
- Niezaproszeni… - szepnęła do siebie Lucy.
- …i korzystając z tej okazji, chcemy wam coś powiedzieć.
Babcia Molly zasłoniła usta ręką.
- Będziemy mieli dziecko! – zawołał Cam, a potem zbliżył się do Lucy, jakby próbował ją zasłonić.
                Okazało się, że słusznie. Weasley’owie rzucili się na nich jak stado dzikich zwierząt. Dziadek Artur, George, Bill i Harry klepali Camerona po plecach tak mocno, że gdyby nie wysoki dźwięk szlochu, pewno słychać by było te uderzenia. Szlochał oczywiście Percy, który wpatrywał się w Lucy, jakby odebrało mu zdrowe zmysły. Robert przepchnął się przez wrzeszczące kuzynki Lucy i objął synową, gratulując jej z głębokim wzruszeniem, a Agatha spojrzała najpierw na Jo, z jakiegoś powodu z lekkim przerażeniem, co tylko rozbawiło jej córkę, wymamrotała „spokojnie… jeszcze trochę nim powie do ciebie <babciu>” i dołączyła do reszty. Rose krzyczała coś na pól salonu, Al miał niezbyt przytomną minę, Hugo śmiał się złośliwie jak opętany i tylko Cam i Lucy wyglądali jakby nie marzyli o niczym innym jak deportowanie się z własnego salonu.
                Radość i wrzaski trwały jeszcze długo, ale w pewnej chwili Jo zauważyła, że kilka osób odłączyło się od tej zbiorowej euforii i wróciło do swojej rozmowy. Harry, Bill i Ron usiedli znowu w kącie i zaczęli cichą dyskusję. Jo poklepała po plecach Albusa, ten kopnął Rose i wszyscy troje chyłkiem wyszli z pokoju, a potem przebiegli korytarz i znaleźli się przy drugim wejściu do salonu, gdzie mogli podsłuchać dorosłych.
- …o ile jeszcze zdołamy to powstrzymać… - mówił Bill, gdy Jo, Al i Rose przyłożyli uszy do ściany.
- Zawróciłem Ryana. Jest tu o wiele bardziej potrzebny. Jeśli to prawda co mówią…
- Harry, wierzysz w to? – zapytał ostro Ron. – Ankdal naprawdę znalazł nowego oficera?
- Tak mówią schwytani żołnierze. Podobno znalazł przywódcę wojsk brytyjskich, który bije na głowę Hurrlingtona.
- Ciekawe co to znaczy… - mruknął Bill. Rose prawie leżała na Albusie i ten machnął ręką, żeby z niego zeszła, ale nie zwróciła na niego uwagi.
- Hurrlington to dobry żołnierz – powiedział Harry. – Ale skompromitował się podczas walki w ministerstwie. Ludzie nie ufają mu już tak jak na początku. Ale jeśli Ankdal znalazł faktycznie kogoś, za kim pójdą ludzie… Możemy mieć jeszcze większe problemy niż teraz.
- Co robicie?!
Jo, Al i Rose podskoczyli w tym samym momencie. Ginny wyszła właśnie na korytarz i patrzyła na nich zmrużonymi oczami.
- Och, my tylko…!
- Ja…
- Eee…
- Babcia Molly potrzebuje pomocy przy deserze! Raz dwa trzy!
                Bez słowa odwrócili się i podreptali do kuchni.
- Ciekawe o kim mowa – szepnęła Rose. – Kim może być ten oficer Ankdala?!
Albus jej nie słuchał i spojrzał na Jo.
- Musimy porozmawiać z naszym ojcem. Powiedzieć mu o dzienniku!
Jo skinęła głową ale nie wyglądała na zbyt przekonaną.
- W porządku, ale mam wrażenie, że tego nie rozwiążą. Coś sobie nie radzą w tej wojnie, nie? Uważam, że…
- Nie rzucisz szkoły! – zawołali jednocześnie Al i Rose. Jo obrzuciła ich lodowatym spojrzeniem.
                Niczego więcej nie udało im się tego dnia podsłuchać. Pomogli babci Molly, podczas gdy w salonie wciąż grzmiały gratulacje dla biednych Cama i Lucy, a reszta konspirowała w kącie pokoju. Cóż, wojna nie wojna, święta w tej rodzinie zawsze wyglądały tak samo.

                                                               *

                Zawzięcie padał śnieg. Dakota siedziała w oknie swojego pokoju próbując przebić wzrokiem zamieć. W domu wszyscy już spali, ale ona jakoś nie czuła znużenia. Właściwie chciała już wrócić do szpitala, bo tam przynajmniej nie miała czasu na bezsensowne rozmyślania.
                Wiatr jakby zerwał się i runął w jej okno, rozległ się hałas i coś wpadło na szybę. Dakota prawie spadła z parapetu, ale w końcu zorientowała się, że to tylko sowa. Nie, wcale nie tylko. To był puchacz Atwooda.
                Otworzyła okno i wpuściła zziębniętą sowę do środka. Odwiązała list, przeczytała go i ukryła twarz w dłoniach.


                Jesse rozglądał się uważnie po ścieżce, nie przejmując się sypiącym miarowo śniegiem. Piętnaście minut, dwadzieścia… Ani na chwilę nie tracił wiary. I słusznie. Zaszumiało, świsnęło i kilka stóp przed nim ktoś się teleportował.
- Jest pierwsza w nocy – powiedziała Dakota. Miała na sobie puchatą kurtkę a w ręce trzymała zwinięty list.
- Musiałem ci życzyć wesołych świąt.
Wypuściła powietrze z płuc i ruszyła w jego stronę.
- Posłuchaj mnie! To co się stało ostatnio nie ma najmniejszego znaczenia, rozumiesz?! Spotykaliśmy się, a ty sypiałeś z kimś innym w tym czasie! I mam gdzieś jak bardzo żałujesz, jak bardzo się starasz! Nie wybaczę ci!
Jesse słuchał jej z uwagą i wyglądał tak poważnie, jak jeszcze nigdy w życiu.
- Ja to wszystko wiem.
Dakota uniosła brwi najwyżej jak mogła.
- Więc czemu…?!
- Kocham cię. Jestem tak cholernie zakochany, że zamiast dać ci spokój, zachowuję się ciągle jak ostatni kretyn.
Dakota wyglądała na wstrząśnięta. Zamykała i otwierała usta, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Jesse patrzył na nią z błaganiem. 

- Wróć do mnie. Na miłość boską, Scott… Wybacz mi.
Było zimno. Ale nie aż tak, żeby dostała dreszczy.
- Nie, ja nie…
Zobaczył, że się trzęsie. Nie wiedziała, kiedy się przy niej pojawił i otoczył ją ramionami.
- Kocham cię. Kocham cię, Scott.
I wszystko znikło. Był tylko zimny śnieg i ciepłe pocałunki.